Jump to content

RMF MOROCCO CHALLENGE 2010


Seba78
 Share

Recommended Posts

Ponieważ byłem w tym roku pozwolę sobie wrzucić małą relację. Wiem, że ktoś z forum też był - ujawnić się proszę ;-)

 

 

 

 

RMF Maroko Challenge 2010 – dzień I

 

– czyli RZRem przez pustynię

 

Ten dzień zaczął się tak naprawdę dnia poprzedniego. Rano przyjechał do mnie Buła (Jarek) i po wspólnym szybkim śniadaniu i przepakowaniu dwóch podręcznych bagaży wyruszyliśmy na lotnisko. Lot do Madrytu, potem do Almerii i na koniec prom. O godzinie 8 rano dopływamy do Almerii, gdzie wsiadamy na to, co kto może i jedziemy do granicy hiszpańsko-marokańskiej. Samo przekraczanie trwało 5 godzin, mieliśmy czas na herbatkę na lawecie i poznawanie innej kultury, jakże odmiennej od naszej. Po przekroczeniu granicy jedziemy jakieś 20 km na lawecie i dopiero pod hotelem PARIS DAKAR zdejmujemy pojazdy. Plan gry na dziś jest taki, że każdy kto się już ogarnął wyjeżdża zgodnie z nawigacją. Ruszamy i my. Na początku same asfalty. Potem zjazd z drogi do miejsca startu, a tam już tylko kamienista twarda droga z głazami leżącymi na „nawierzchni”.

 

Startujemy. Prowadzi Jarek, mimo że z założenia jedzie jako pilot. Zmierzcha się bardzo szybko. Wspinamy się mozolnie pod górę drogą na której mieści się tylko jeden pojazd. Przed sobą widzimy auto zjeżdżające z góry chyba Toyota Hillux. Jakoś mijamy się ze sobą i jedziemy dalej. Na przełęczy szukamy chwilę drogi, gdzie wyprzedza nas drugi RZR. Po jej odnalezieniu kontynuujemy jazdę. Robi się zupełnie ciemno, jak dobrze że mamy listwę LED, świeci ona szeroko i daleko przez co czujemy się trochę pewniej. Podążamy zgodnie ze wskazówkami organizatora, aż dojeżdżamy do miejsca gdzie kilka pojazdów szuka drogi. Z notatek wynika że mamy jechać w prawo i jakieś ślady są już przed nami, ale coś nam nie pasuje. Niby jedziemy zgodnie ze wskazaniami GPS ale coś nie gra. Po godzinie wszystko wiadomo. Zrobiliśmy duże koło. Szukamy na nowo drogi i nagle przed nami majaczy jakiś biały kitel. Błyska latarka. Ręce na maczety i jedziemy w tamtym kierunku. Okazuje się że to mały Arab, który wskazuje nam drogę. Jedziemy zgodnie z jego zaleceniem i wracamy na ślad. Potem już składnie i bez problemów zasuwamy do bazy położonej gdzieś na wyżynie. Jakieś 5 km przed bazą zaczyna się robić …grząsko. Najpierw jedna kałuża, potem druga, potem w świetle LEDa zaczynają majaczyć terenówki. Coś znowu nie pasuje. Samochody stoją zapadnięte w błocie. Omijamy szerokim łukiem pułapkę i wpadamy do obozu. Jeszcze tylko rozbić namiot, wrzucić śpiwór i iść spać. Przy sprzęcie nie robimy nic, podłączamy tylko przedłużacz do 12v i ładujemy w namiotach elektronikę. Idziemy spać. Pierwszy dzień za nami.

 

 

RMF Maroko Challenge 2010 – dzień II

 

– Kamień w Kasku

 

 

Obudziliśmy się wcześnie rano, a raczej obudził nas odgłos odpalanego RZRa. Leżąc w namiocie usiłowałem zgadnąć czy to mój czy konkurencji. Noc była zimna, a nawet bardzo zimna. Nie na próżno Albert pisał w mailach o zabraniu czapki na noc do spania. Wstajemy, szybka poranna toaleta, śniadanie, wyjazd quadem za najbliższy krzak. Odprawa, na której dowiadujemy się, że w związku z duża ilością aut które trzeba było wyciągać z bagiennej pułapki w nocy, dzisiejszy etap zostaje skrócony o pierwszy odcinek specjalny.

 

Albert podaje koordynaty i do nich mamy zasuwać po asfalcie. Mamy już pierwszych dwóch pechowców wśród Quadów. Jeden z nich to ELPOL1, który na dojazdówce wczorajszej urwał sprzęgło kłowe (czy jakoś tak) i Shogun któremu urwały się cele w aku. Odpalamy Shoguna i jedziemy na trasę. Po jakichś 50 km sprzęt zaczyna kasłać i traci moc. Stajemy na poboczu i dopiero wtedy wskaźnik pokazuje rezerwę. Tankujemy paliwo, w międzyczasie każda wyprzedzająca nas załoga zwalnia gotowa nieść pomoc. Od pokazywanie OK, boli mnie kciuk. Miłe uczucie wzajemnej odpowiedzialności za siebie. Jedziemy dalej i docieramy na stację benzynową. Tankujemy wszystko co mamy na paliwo (20 litrów zbiornik i 50 litrów zapasu).

 

Dojeżdżamy do pierwszego dzisiejszego OSu. Ustawiamy się w kolejce i wyciągamy TIGERy z lodówki – tak, mieliśmy lodówkę na pokładzie. Idziemy na start z buta i dowiadujemy się, że quady jadą pierwsze. Omijamy kolejkę terenówek i starujemy. Po krótkiej prostej przed nas wjeżdża lokalna ciężarówka. Zbliżamy się do niej szybko. W pewnym momencie zjeżdża ona na lewy pas i mija się z drugą ale po tej złej stronie. Dla nas widok jest taki że jedziemy prosto pod koła ciężarówki z przeciwka. Zmieniamy pas. Ciężarówki po minięciu się wróciły na prawe strony i znowu jedziemy pod ciężarówkę. Wracamy na swój pas, doganiamy ciężarówkę i ją wyprzedzamy. Jedziemy szeroką szutrówką, widoki piękne. Droga przechodzi w coraz bardziej kamienistą, wjeżdżamy na kolejną przełęcz. Tu nasza prędkość spada do 3-4 kmh. Ogromne głazy i półki skalne nie pozwalają na szybszą jazdę. Wyprzedzamy jakąś holenderską ekipę w terenówkach i na motocyklach, i rozpoczynamy zjazd.

 

Na dole, już ponownie na grubym szutrze, zasuwamy dalej. Jedziemy szybko na ile możemy, ale nie przekraczamy granicy ryzyka. Wszak cel naszej wyprawy dopiero jutro. Kończymy OS i wyjeżdżamy na asfalt. Jedziemy przez jakąś wioskę. Przy drodze pojawiają się dzieciaki. W rękach mają kamienie. Chcemy jak najszybciej przejechać ten odcinek drogi. Nagle słyszę rykoszet kamienia gdzieś na pojeździe. Słyszę w słuchawce głos Jarka, że dostał kamieniem w głowę. Za wioską zatrzymujemy się. Kask wyłupany. Dziura wielkości orzecha włoskiego, na szczęście kamień nie dotarł do twarzy. Jarek potem nie mógł jeść przez jeden dzień. Jak to dobrze mieć dobry kask. Mogło się skończyć znacznie gorzej.

 

Dojeżdżamy do kolejnego OSu. Zaczyna się zmierzchać. Jemy szybki posiłek i startujemy. Po drodze, już w zupełnych ciemnościach, doganiamy załogę numer 67. Tak, ten pojazd zapamiętałem na cały późniejszy rajd. Z rozwalonymi przednimi amorami, jadą 40 km/h, tam gdzie śmiało można drugie tyle, kurząc przy tym niemiłosiernie. Ale najgorsze jest to, że nie chcą nas puścić, mimo wyraźnych sygnałów wszystkim co mieliśmy. W końcu przy trzeciej próbie, wyprzedzamy ich i momentalnie oddalamy się od tego pojazdu. Dobijamy do końca OSu i znowu na asfalt. Jedziemy przez Erfut.

 

Jestem strasznie zmęczony, mijamy miasto i stajemy. Zmieniamy się miejscami i pozostałe 60 km jedzie Jarek. Dojeżdżamy do hotelu, szybki rzut oka na RZRa. Stan oleju i filtra powietrza, i logujemy się w bazie. Dostajemy pokój na wypasie – z oknem i bez karaluchów.

 

 

RMF Maroko Challenge 2010 – dzień III

 

– Pożar

 

Na ten dzień zaplanowany był wyścig po pustyni. 5 kółek po jakieś 12 km każde. Jako że wczorajszy etap był najdłuższy z całego rajdu, start do dzisiejszego dopiero o godzinie 13stej. Snujemy się po obozie, z nudów oglądamy pojazd, sprawdzamy luzy w końcu go odchudzamy. Z wiezionych dwóch skrzynek serwisowo przeżyciowych i 50 litrów paliwa zabieramy ze sobą tylko dwa zbiorniki na paliwo.

 

Na starcie pojawiamy się jakieś 20 minut przed czasem. Podziwiamy trening jakiegoś pustynnego Mitsubishi, zapewne przed nadchodzącym Dakarem. Niedługo po nas pojawia się Zderzak, jakieś 3 terenówki. Za naszymi plecami ogromna wydma. Pawłowi nudzi się czekanie i zaczyna jazdę po wydmach. To co wyprawia zaprzecza prawom fizyki. Kierowcy terenówek robią zdjęcia nie mogąc uwierzyć w to co widzą. Coraz więcej quadów i aut na starcie. W końcu ustawiamy się w rzędzie, auta za nami i startujemy.

 

Pierwsze okrążenie z przerażeniem w oczach i sercem w d…ie. Pomalutku zaczynamy się wjeżdżać, łapiemy o co chodzi, jak przełamywać wydmę, i która za szczytem jest delikatna a która ostra. Przejeżdżamy linię startu i zaczynamy drugie kółko. Gdzieś po ¼ okrążenia Buła twierdzi, że coś cuchnie. Widzimy przed sobą dwa Patrole, które dymią na czarno walcząc z wydmą. Wyprzedzamy je i słyszę to czego nigdy w życiu nie chciałem usłyszeć , krzyk Jarka: PALIMY SIĘ. Wypinam się z pasów. Jarek kręci kółka, żeby zdmuchiwać ewentualny ogień. Ja wyciągam gaśnicę i zrywam plombę. Zatrzymujemy się i wypadamy z pojazdu. Klękam i spoglądam na silnik, wszystko ok., rzucam się do przodu i tu też wszystko ok. Nagle krzyk Jarka: TUTAJ. Spomiędzy siedzeń wystrzelił ogień, wciskam gaśnicę a ta……. nie odpala. Jarek łapie dwa POWERADY w ręce i gasi ogień. Oglądam gaśnicę, ma zabity wylot zaschniętym błotem. Wyrzucamy siedzenia i szukamy źródła ognia. Po chwili znajdujemy. Kabel od FINDERa leżał na osłonie silnika i pod wpływem ciepła zaczął się topić, aż w końcu spowodował zwarcie. Jarek jednym szarpnięciem usunął go z pojazdu. Montujemy fotele i dalej w drogę. Jedziemy coraz szybciej, co chwila spoglądam na przestrzeń między siedzeniami, jest OK.

 

Jest takie miejsce na wydmach gdzie bierzemy rozpęd z jednej wydmy, robimy rogalem drugą zawracając pod samym szczytem, napędzamy się na następną i znowu pod sam szczyt. Jest bosko. Każde kolejne okrążenie jest szybsze i fajniejsze, miejscami stopuję Jarka bo zaczyna Go ponosić. Na 4. okrążeniu w miejscu dwóch rogali zastajemy patrola balansującego na granicy rolki, omijamy go szerokim łukiem i gaz w podłogę. Na szczęście wszystko OK. Kończymy ostatnie okrążenie, mijamy stojącego Shoguna i wspinamy się na samą górę. Rozryty przez terenówki piach nie daje nam się przełamać przez szczyt. Wracamy do Shoguna i pytamy co się stało. Prawdopodobnie sprzęgło. Bierzemy namiary GPS na punkt i jedziemy do mety. Obiecujemy wrócić. Kończymy swój OS, gadamy chwilę na mecie i razem ze Zdeżakiem, Marcinem i Roninem wracamy po Sławka.

 

Trochę czasu zajmuje nam wytarganie go z niecki nazwanej od tej chwili CZARNĄ D..PĄ. My pokazujemy drogę a ciągnie go Ronin swoim G7. Chłopaki jadą do bazy a my po Sławkowe graty na metę. Wracamy do hotelu. Sławek rozbiera skrzynię i okazuje się że to tylko pasek, paradoksalnie jak to awaria paska może ucieszyć na rajdzie. Siedzimy w kilku przy Polarisie Shoguna, popijamy Czarną Ninję i rozmawiamy. Potem oglądamy klocki w moim RZRze, filtr powietrza i stan oleju. Nic nie trzeba robić, nuda…..

 

 

 

RMF Maroko Challenge 2010 – dzień IV

 

– strach o opony

 

Dzisiejszy etap to około 180 km po wszystkich rodzajach nawierzchni, od asfaltu, przez fesz fesz, aż do kamieni różnej grubości i wielkości. Jedziemy do pobliskiej (30km) miejscowości po paliwo na trasę. Tankujemy, wracamy i jeszcze dojazdówka na miejsce startu. Razem robimy 80 km. Po drodze spotykamy Alberta, który mówi żeby się pospieszyć bo zaraz zwijają start. Kiedy dojeżdżamy do wioski za którą był punkt startowy mijamy już zwiniętych organizatorów. Stajemy w punkcie, zerujemy GPSa i ruszamy.

 

 

Na początku trochę kamieni a potem dość sporo fesz-feszu. Kurzy się niemiłosiernie. Tak jakbyś jechał po tonach rozsypanej mąki. Po drodze wyprzedzamy rajdowe IVECO 4×4 jadące bardzo wolno, jak się potem okazało miało awarię i w tym miejscu zostało. Cieszymy się, że wystartowaliśmy ostatni i to z duża stratą, nikt nam nie kurzy i nie jesteśmy przez nikogo naciskani. Wyjeżdżamy w końcu na normalną marokańską drogę – kamienie. Pierwszy raz na rajdzie boję się o opony, jedziemy po morzu kamieni, bardzo ostrych, co chwila wychylam się z pojazdu i oglądam gumy po swojej stronie, zapas został w bazie. Jadąc podziwiamy widoki, krajobraz jest piękny. Doganiamy jakąś terenówkę, potem kilka razy spotykamy się na trasie. Raz my wyprzedzamy ich, raz oni nas. Jedziemy przez kilka suchych jezior. Równiutko, twardo i bez kamieni. Gaz w podłodze i pełnym gwizdkiem – 90 km/h. Równie szybko trzeba hamować przed wyjazdem.

 

Na jednej z przełęczy spotykamy dwójkę motocyklistów. To nasi. Dziewczyna z kontuzjowaną nogą i jadący z nią chłopak. Pytamy czy wszystko ok., bo wiemy że damska noga daleka jest od formy. Po potwierdzeniu gnamy dalej. Na zboczu jednej z gór widzimy wymalowany wielki napis – pewnie jakaś reklama. Wjeżdżamy w małe wydmy, stoi tu zakopanych kilka terenówek a my przemykamy między nimi. W pewnej chwili jedzie coś z przeciwka na włączonych wszystkich reflektorach jakie ma. To Albert jadący z pomocą dwóm wyrolowanym quadom. Mówimy, że to nie po tej stronie i jedziemy dalej. W lusterku widzę podążającego za nami Alberta. Po dosłownie kilometrze widzimy dwa potłuczone quady, Shoguna z urwanym tylnym kołem i Turasa ze sprzętem nie nadającym się do jazdy. Zabieramy półoś i jakieś graty od Shoguna i dalej do mety.

 

W oddali zaczynają majaczyć znajome wydmy, zbliżamy się do końca odcinka. Znowu fesz-fesz, gdzieś między szczytami błyska nam drugi RZR, czyli sporo odrobiliśmy do niego. Wpadamy na metę, chwilę gadamy z chłopakami i jedziemy do bazy. Zmieniamy filtr powietrza przed drugą połową rajdu i czekamy na Shoguna. Wreszcie wjeżdża siedząc na przednim bagażniku i wlokąc tył pojazdu za sobą. Przejechał w ten sposób ponad 40 km. Sprawdzamy olej – taki sam jak był, nawet nie jest czarny. Montujemy zapasowe koło. Zaczyna się chmurzyć…

 

 

RMF Maroko Challenge 2010 – dzień V

 

5 listopada 2010 in news, relacja

 

– deszcz

 

 

Wstałem tak jakoś bardzo wcześnie, za oknem było jeszcze zupełnie ciemno. Wyszedłem przed hotel, oprócz mnie tylko Araby i Agnieszka. Zdawało mi się czy kropi? Po chwili już regularnie, równiutko padał deszcz. Z każdej szczeliny i z pod kamienia zaczęły wyłazić żaby. Małe, duże, zielone, czarne, różnokolorowe. Połaziłem trochę po obozie i wróciłem do pokoju. Na jakieś dwie godziny przed startem pojechaliśmy na wydmy porobić trochę zdjęć.

 

Jeździmy, klikamy, powtarzamy ujęcia. W pewnym momencie podjeżdża do nas jakiś miejscowy dealer i rozstawia swój kram. Łańcuszki, bransolety, popielniczki. Cały czas słyszymy: „My friend, special price to you, Best price”, i na koniec że jak opuści jeszcze to jego rodzina umrze z głodu. Kończymy sesję i jedziemy na start. Cały czas pada. Starujemy jako 3. ekipa od końca. Znowu tak jak lubię, gonić i nie mieć nikogo za sobą. Dużo załóg, głównie w terenówkach, nie wjeżdża na wydmy tylko zaraz za bramką zawraca i asfaltem zasuwa do kolejnych punktów. My atakujemy zgodnie z trasą. Jedna, druga, „fyfnasta” wydma. Za jedną z nich widzimy leżące do góry kołami Pajero. To chyba Kazberuk, całe szczęście chodzą cali i zdrowi, stoją przy nich jakieś terenówki.

 

Wyjeżdżamy z wydm i wpadamy w koryto rzeki, jest bardzo grząsko, nie możemy się napędzić. Kiedy wjedziemy na twardsze podłoże, okazuje się ono tak śliskie, że wszystkie zakręty robimy bokami, praktycznie zero przyczepności. Nasza prędkość maksymalna to 60 km/h. Robimy wielkie koło wokół wydm, widzimy stado wielbłądów, pasące się gdzieś w połowie trasy. Z wolna w dołkach robi się coraz więcej wody, pojawiają się malutkie cieki wodne, jak w filmach na Discovery. Docieramy znowu do wydm. Te zlane wodą stają się twarde, jeździ się zupełnie inaczej niż 3. dnia. Jedziemy śladami poprzedników, czasem modyfikując trochę zostawione ślady. Na jednej z wydm widzimy w dole drugiego RZRa. Próbujemy wspiąć się na szczyt tej wydmy ale brakuje nam trakcji. Zatrzymujemy się i zaczynamy cofać. Znosi nas do niecki. Jarek staje na prawym progu, pomalutku cofamy. Wszystko byłoby OK., gdyby nie lokalna terenówka która, utknęła na samym dnie i nie daje rady wyjechać. Tak balansując na zboczu wydmy podejmujemy decyzję. Jarek schodzi a ja w miejscu mam nawinąć rogala i zjechać w dół. Udaje się. Siłą pędu wracam na górę, a Jarek do mnie dochodzi.

 

Dalej bez przygód już do mety. Zostało kilkaset metrów. Odbijamy czas i jedziemy asfaltem do hotelu. Nagle kilka prychnięć i stoimy. I tak udało nam się przejechać cały odcinek na jednym baku. Otwieramy Rotopaxa, w którym mamy jeszcze polskie paliwo. Okazuje się że jest pusty. Przecież wczoraj wieczorem był jeszcze pełny, dziwne rzeczy się tu dzieją nocami. Ze wszystkich zbiorników ściągamy jakieś 3 litry i dojeżdżamy do bazy. W pokoju pakujemy wszystko z powrotem do skrzyń. Jutro zaczynamy powrót.

 

 

RMF Maroko Challenge 2010 – dzień VI

 

– powrót

 

 

Tego dnia cały obóz wstał wcześnie rano, taki był rozkaz głównodowodzącego. Do pokonania koło 420 km (w rzeczywistości było ich 340). Ustawiamy się przed bramą w kolejce i jedne za drugim startujemy. Marek ma jakieś problemy, wywaliło mu płyn chłodniczy z G7. Wraca do bazy, po chwili już jest z nami. My startujemy jako 5 czy 6 team. Trochę asfaltu i zaraz na szuter, doganiamy Ronina i Marka. Smutne wiadomości. Zatarte G7. Koniec rajdu dla Marco. Szkoda, fajnie się razem jechało.

 

Jedziemy dalej. Wyprzedza nas Brylant z Bąkiem. Jedziemy swoje, spokojnie, dużo poniżej granic ryzyka. Chcemy cało dojechać do końca rajdu. Na przełęczy doganiamy Brylanta i Andrzeja. Chwilę jedziemy razem, potem my po jednej stronie góry oni po drugiej. Chłopaki wybrali lepiej, my musimy zrobić spore kółko. Znowu tniemy się z szaro-czerwonym Mitsubishi. Raz oni nam, raz my im pokazujemy drogę. Za drogowskazy na naszej trasie służą wkopane do połowy opony z jakimiś napisami – pewnie reklamy wulkanizacji.

 

Dojeżdżmy do punktu tankowania, pytamy o Shoguna, jeszcze go nie było. Coś znowu się musiało stać, przecież nas wyprzedzał. Gdzieś w 1/3 rajdu zbliżamy się na kilkaset metrów do granicy z Algierią. Organizator prosił i upominał, nie wjeżdżać do Algierii, wyjęcie kogoś z tamtejszego więzienia to przy super sprzyjających okolicznościach tylko 3 miesiące. Zbliżamy się do tego miejsca, z daleka widać sporą strażnicę. Sporo przed nią jednak, droga skręca na północ i to jest właściwy kierunek. Wspinamy się na górę, oglądam się wstecz. Za nami duuużaaa i szeroka równina. Trzy pióropusze kurzu tną ją w tej chwili. Są daleko za nami.

 

Zaczynamy zjazd. W roadbooku kilka razy kratka z ostrzeżeniem – DZIURA. Rzeczywiście, szybki najazd w tym miejscu i koniec rajdu, coś musiałoby się urwać. Jedziemy dalej. Znowu coś stoi na boku. Okazuję się, że to Renegaty. Znowu pasek. Który to już na tym rajdzie w tym teamie? Na pewno powyżej 10-tego. Kończymy OS i jedziemy asfaltem. Dobijamy do drugiego OSu. Stajemy na asfalcie, żeby zatankować, dopadają nas małe Marokańce. Wyciągają ręcę i cały czas MESJE MESJE. Wyciągamy lunch pakiety i staramy się jeść. Marokiny zabierają z ręki ugryzioną kanapkę czy pomidora. Resztę żarcia w postaci wody, Grześka i jabłka oddajemy dzieciakom. Wsiadamy. Przekręcamy kluczyk. Cisza. Nic. Jeszcze raz. Cisza. Wysiadamy z pojazdu, wyciągamy fotele. Okazuję się że od ciągłych wstrząsów poluzowały się klemy na aku. Dokręcamy je, wsiadamy i odpalamy.

 

Zaczynamy OS. To ten gdzie Buła dostał kamieniem. Szykujemy cukierki zabrane z Polski. Jedziemy spokojnie ale szybko. Jest w miarę równo. Powoli w oddali zaczynają majaczyć góry. W końcu wspinamy się na przełęcz. Stajemy i robimy zdjęcia. W oddali znowu kreski z kurzu. Kończymy sesję i ruszamy. Momentami Jarek trochę przesadza. Na jednej z grani oczy wyłażą mi z orbit. Właśnie poszedł bokiem po krawędzi przepaści, za chwilę usłyszał co o tym myślę. Odpowiedział mi, żebym rozkoszował się jazdą.

 

Dojeżdżamy do wioski. Chmary dzieciaków przy drodze. Wolimy nie ryzykować i pierwsi rzucamy cukierki. Po kilka sztuk, żeby ich czymś zająć. Przejeżdżamy szczęśliwie. Dalej już tylko ogień do nowej bazy rajdu – starego fortu Legii Cudzoziemskiej. Dobijamy do mety. Wjeżdżamy do środka, znajdujemy sobie namiot i stawiamy RZR obok. Musimy mieć prąd do elektroniki. Ciepło, bardzo ciepło. Jest jeszcze dosyć wcześnie, skończyliśmy szybciej niż myślałem, coś musimy ze sobą zrobić. Postanawiamy zajrzeć do klem i przekaźnika od rozrusznika.

 

Czyścimy klemy, śrubki i nakrętki. Skoro już zdjęliśmy siedzenia to dobieramy się też do paska. Na pierwszy rzut OK. Zapalamy sprzęt i patrzymy na pasek. Naszą uwagę zwraca brak kilku zębów. Decydujemy się na wymianę. Niby jeszcze tylko jeden dzień i to krótki ale lepiej żeby nas nie zawiódł. Wymiana paska trwała może minutę. Składamy wszystko do kupy. Wyjmujemy z lodówki zimne TIGERy i idziemy do chłopaków.

 

Zazdroszczą nam – hehe. Dzielimy się tym co mamy i gadamy o tym, o tamtym. Coraz więcej quadów i aut w bazie, ale nie ma Sławka. Coś się musiało stać. Koło północy dociera Shogun, stracił prąd i jechał po nocy bez świateł. Uderzył w coś kołem i urwał przednie lewe. Chyba skupił na sobie całego pecha jaki był przewidziany dla naszej wyprawy. Jutro króciutki OS a potem kanion. Idę do namiotu, rozkładam śpiwór i …spać.

 

 

RMF Maroko Challenge 2010 – dzień VII

 

– Śrubka

 

 

Na ten dzień był zaplanowany ostatni etap rajdu, kończący się w kanionie. Jednak chyba ze względu na dużą ilość uszkodzonych aut i quadów organizator nie chciał ryzykować kolejnych awarii i znacznie skrócił etap. Został tylko jeden OS, reszta to spokojna dojazdówka do kanionu. Z jednym warunkiem – nikt nie może wyjechać do obozu przed godziną 13. Z całego OSu mamy tylko punkt startowy i końcowy, jak tam dotrzemy to nasza sprawa.

 

Ruszamy jako jedni z ostatnich quadów. Jedziemy wzdłuż zielonego płotu i w końcu dojeżdżamy do dużego quedu. Niestety most jest zerwany. Widzimy ślady quadów ale dla nas nie ma zjazdu. Tak samo dla Patrola, który jedzie razem z nami. Jedziemy dalej na prawo aż w końcu wjeżdżamy do rzeki. Nawet płynie tu woda i to miejscami głęboka. Jedziemy już jakiś czas, zauważam zbocze po którym moglibyśmy zaryzykować podjazd. Mijamy go i wpadamy do oazy. Nagle naszym oczom ukazuje się…..krowa. Jedyna krowa jaką tu widziałem. A myślałem że tylko kozy, owce i wielbłądy.

 

Robi się coraz węziej. Wracamy a Patrol jedzie dalej. Z rzeki wydostajemy się wcześniej dostrzeżonym zboczem. Zasuwamy na metę. Jakiś kilometr przed nami dostrzegamy drugiego RZRa. Jadę jak szybko się da. W pewnym momencie przekraczam granicę ryzyka. Dobrze, że było gdzie uciec. Na metę wpadamy zaraz po nich. Jak się potem okazuje jesteśmy lepsi o 2 minuty. Skończyliśmy rajd – bez żadnego uszczerbku w sprzęcie i ludziach. Robimy pamiątkowe zdjęcie i w kilka quadów jedziemy do kanionu. Droga zajmuje nam jakieś pół godziny. Po drodze wyprzedzamy się i robimy sobie zdjęcia w czasie jazdy. Droga przechodzi w szuter, musimy zwiększyć odstępy bo każdy z nas wznieca tumany kurzu. Przejeżdżamy przez małą wioskę i znowu MESJE MESJE.

 

Rozdajemy cukierki. Zaczyna się kanion. Widzimy machającego Alberta, jemu też dajemy cukierki, śmieje się. Kieruje nas w stronę Arka Kwietnia. Jedziemy długo po kamieniach i kamulcach. W pewnej chwili nie ogarniam dużego głazu po lewej i uderzam w niego osłoną wahacza. Rozlega się dzyń dzyń dzyń. Wychodzimy z pojazdu. Obcięło łepek od śrubki. Łapiemy osłonę na pas i jedziemy dalej. Na miejscu chwila odpoczynku, pamiątkowe zdjęcie wszystkich ekip, które tu dojechały i powrót. Jedziemy znowu przez wioskę. Nagle korek.

 

Omijamy wszystkich lewym zboczem i widzimy Shoguna bez koła. Znowu. Biedny chłopak. Widać jak ostatkiem nerwów powstrzymuje się przed powiedzeniem do kamery co myśli o amerykańskiej motoryzacji. Podwiązuje się pasem do terenówki RMF i jedziemy wspólnie dalej. Znowu asfalt. Dojeżdżamy do końca OSu. Jedziemy niejako pod prąd do bazy. Jesteśmy w forcie. KONIEC.

 

Pakujemy pomału skrzynie, szykujemy ciuchy na prom i pobyt w Hiszpani. W obozie trwa przygotowywanie wieczornej imprezy. Stoi duży dmuchany telebim, kilka namiotów, DJ przygotowuje się do koncertu. Nadchodzi wieczór, jemy kolację, rozmawiamy, czekamy na wyniki. Ja niestety nie jestem w stanie ich doczekać. Idę do namiotu. Spoglądam w niebo. Coś dziwne, jakby zamglone, jakby zachmurzone…jakby…

 

 

RMF Maroko Challenge 2010 – Epilog

 

 

To dzień ósmy pobytu w Maroku. Obudził mnie deszcz, wygrzebuję się ze śpiwora, zapalam czołówkę, obok śpi Jarek. Staram się jak najciszej skończyć pakowanie i zamknąć skrzynię. Jarek budzi się i razem zwijamy majdan. Mówi, że już w nocy padało. Szykujemy czyste ubrania na czas pobytu w Hiszpanii i idziemy zanieść skrzynie. Widzimy jak MAN który wiezie wszystko, odjeżdża bez naszych gratów. Szukamy możliwości – gdzie się przytulić, w końcu ładujemy pakunki na Unimoga, a sami wsiadamy do RZRa i jedziemy w kierunku miasteczka.

 

Musimy się spieszyć, jeśli woda zaleje quedy to zostaniemy na pustyni. Woda rzeczywiście przybiera momentalnie. Pierwsi z nas widzieli połowę otworów do przepustu wody w moście. My po paru minutach widzieliśmy już tylko resztki prześwitu w otworach. Ostatni musieli już chyba jechać po wodzie. Cały obóz zwijał się w trybie natychmiastowym. Kilka dużych wieloosobowych namiotów musiało zostać, nie było czasu ich składać. Za rok zobaczymy kto w nich mieszka. Pakowanie quadów na lawety i niepewność czy do portu jedziemy na kołach, czy znajdzie się miejsce dla RZRów. Nie uśmiecha mi się jeszcze 300 km asfaltem w deszczu. Okazuje się że nasza maszynka znalazła miejsce, jeszcze tylko my musimy gdzieś się schować. Koniec końców włazimy na pakę MANa i tak jedziemy do portu.

 

W porcie trzeba uważać na przemytników haszyszu. Szukają możliwości podrzucenia czegoś, bądź przewiezienia siebie. Na jedną z naszych lawet też wskoczył taki jegomość. Na szczęście przyuważył go ktoś a jeden z organizatorów wyperswadował mu ten pomysł. Nożnie. Wreszcie przekraczamy granicę, wsiadamy na prom i wypływamy. Idziemy coś zjeść, potem coś wypić i odbijam spać. Rano wysiadka i do hotelu. Czekamy na pokój, wreszcie ludzkie warunki. Idziemy spać, wstajemy po południu. Idziemy na miasto. Spotykamy Marka, Krzyśka i Marcina i spędzamy razem trochę czasu. Rano samolot do Madrytu, potem do Warszawy. Wreszcie w domu.

 

PODZIĘKOWANIA

 

Dla mojego TATY i BRATA – że zastąpili mnie w firmie.

 

Dla firmy MULTIMOTO za całościowe przygotowanie sprzętu i zapasowe graty na wyjazd. Tak, mieliśmy całego RZRa w skrzynce Buły. Dlatego była taka ciężka.

 

Dla E2rd’a za blachę na osłony wahaczy – bez nich robiłbym chyba codziennie manszety

 

ORAZ SPECJALNE PODZIĘKOWANIA DLA MOJEGO PILOTA JARKA „BUŁY” ADAMIAKA ZA CAŁOŚĆ NASZEGO WYJAZDU, ZA WSPÓLNIE POKONANE KILOMETRY, I ZA TO ŻE RAZEM PRZEŻYLIŚMY WSPANIAŁĄ PRZYGODĘ.

Link to comment
Share on other sites

Join the conversation

You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.

Guest
Reply to this topic...

×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.

Loading...
 Share

  • Recently Browsing   0 members

    • No registered users viewing this page.
×
×
  • Create New...

Important Information

By using this site, you agree to our Terms of Use.